Czy aby przetłumaczyć książkę, trzeba ją najpierw przeczytać?

Bez kategorii | | |
3591108120_b73d0df696_b

Tytułowe pytanie wydaje się absurdalne. Bo niby jak przełożyć na język obcy coś, czego treści się nie zna? Jednak doświadczony tłumacz nie będzie się temu dziwił. Nie każdy bowiem czyta powieść „z góry”, tj. zanim przystąpi do pracy nad przekładem. Jakie argumenty przemawiają za takim systemem pracy, a jakie przeciwko niemu?

Idealnie jest wtedy, gdy tłumacz przed napisaniem pierwszego zdania przekładu na spokojnie przeczyta całą książkę. Jak zwykły czytelnik. By zapoznać się z fabułą, bohaterami, stylistyką. W końcu powieść to nie „zlepek” przypadkowych słów, a zorganizowana całość. Przy jej tłumaczeniu trzeba obrać pewną strategię, wyczuć charakter tekstu. To potrzebne, by oddać tzw. ducha utworu. Poza tym powieść nie zawsze rozwija się linearnie, w prosty sposób. Czasem w samym jej środku, czasem nawet na samy końcu ujawniane są fakty, które mogą zupełnie zmieniać sens początkowych rozdziałów. Tłumacz nie powinien dowiadywać się o czymś takim dopiero na końcu pracy nad tłumaczeniem. Nie jest przecież jak „normalny czytelnik” – musi wczuć się niejako w myśli autora oryginału i stworzyć tekst tożsamy z wyjściowym nie tylko pod względem treści, ale i przesłania, klimatu i wielu innych, „nadpisanych nad słowami” warstw.

Często jednak tłumacz zmuszony jest do czytania powieści równolegle z tłumaczeniem. To znaczy nie zdanie po zdaniu, ale wybiegając z lekturą np. o jeden, dwa rozdziały do przodu względem tłumaczenia. Daje to już pewien ogląd całości, a jednocześnie pozwala oszczędzić sporo czasu. Bo tego niestety tłumacze często mają jak na lekarstwo…

Inną taktyką jest wnikliwe przeczytanie początkowych rozdziałów, a następnie przeskanowanie wzrokiem reszty tekstu. W ten sposób tłumacz poznaje ogólny styl utworu i zarys fabuły. To oczywiście pójście na skróty i żaden tłumacz nie zarekomenduje go oficjalnie. Jeśli już ktoś się na to decyduje, powinien być pewny swoich umiejętności. Powinien być tłumaczem z doświadczeniem.

Doświadczenie zmniejsza ponadto prawdopodobieństwo, że tłumacz wpadnie w językowe pułapki. Bo np. przy tłumaczeniach z norweskiego czy duńskiego, a więc języków skandynawskich łatwo pomylić bohatera… z bohaterką (i na odwrót). Skandynawskie imiona potrafią bowiem zmylić.

Argumentem za tłumaczeniem równoległym z pierwszą lekturą może być to, że wówczas powstaje przekład bardziej wiarygodny, bardziej wciągający. Tłumacz zachowuje się jak każdy inny czytelnik, poznaje lekturę na bieżąco. To uzasadnione zwłaszcza przy takich gatunkach, jak kryminał.