Czy tłumaczowi wolno korzystać z Wikipedii?

Aktualności | | |
wikipedia_mini_globe_handheld

Niewątpliwie najbardziej typowym narzędziem pracy tłumacza jest słownik – klasyczny językowy, ale też poprawnościowy, stylistyczny czy ortograficzny, zarówno w języku wyjściowym, jak i docelowym. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że źródła, do których w swej codziennej pracy zagląda osoba trudniąca się przekładem są o wiele bogatsze. Niecierpliwym spieszymy donieść: tak, wśród nich jest także Wikipedia i inne źródła internetowe.

Zdziwieni? To nawet uzasadnione, w końcu do tak mało profesjonalnej encyklopedii to można zajrzeć ot tak, by sprawdzić hasło do krzyżówki, ale żeby językowy specjalista, tłumacz przysięgły języka duńskiego, szwedzkiego, dowolnego innego? Bez obaw, nie ma w tym nic złego. Bo uznany tłumacz nigdy nie potraktuje Wikipedii jako jedyne czy ostateczne źródło. Internet (jego ogólnodostępna, w dużej mierze tworzona przez zwykłych ludzi część) służy tłumaczowi za punkt wyjścia, punkt zaczepienia, np. gdy słownik okazuje się bezradny (sic!). Najbardziej obrazowy przykład? Współczesna powieść młodzieżowa. Najeżona miejskim slangiem, mową potoczną, niekiedy wulgarną, specyficznym, hermetycznym stylem wypowiedzi. W Internecie o wiele łatwiej znaleźć informacje na temat nowych znaczeń słów, jakie nadały im nastolatki np. w Danii i które pojawiają się w powieści, dla których następnie można poszukać odpowiedników w języku polskim. Rzecz ma się podobnie w przypadku tłumaczenia materiałów pisanych współczesnym językiem ogólnym, np. z dziedziny marketingu i reklamy. Języki nieustannie ewoluują, a ich najaktualniejszych wersji najlepiej jest szukać właśnie w Internecie i mediach popularnych.

Korzystanie z różnorodnych (także tych nietypowych) źródeł świadczy nie o niekompetencji tłumacza, lecz o jego otwartym umyśle i dociekliwości. Znalezione w Internecie dane zawsze podlegają weryfikacji w bardziej profesjonalnych źródłach. Pomyślcie sami, o ile sprawniej przebiega praca nad przekładem, gdy tłumacz do biblioteki udaje się z pewną już wiedzą i kształtem np. znaczeń problematycznych słów, niż kiedy wertowanie ksiąg i leksykonów to pierwszy jego krok ku ustaleniu sensów.

Jest jeszcze druga strona medalu: wielość źródeł może przytłoczyć. W każdym momencie tłumacz może popaść w wątpliwość, czy dziesięć różnych książek, gazet i stron internetowych, do których spojrzał, na pewno wystarczą? Może ustaloną wersję tłumaczenia danego pojęcia należałoby skonfrontować z jeszcze jednym, jedenastym źródłem? Takie myślenie jest uzasadnione wtedy, gdy tłumacz faktycznie nadal nie jest do końca usatysfakcjonowany przyjętą wersją. W innych przypadkach lepiej nie być przesadnie podejrzliwym czy dociekliwym. Sprawdzenie wszystkich możliwych źródeł jest przecież niewykonalne!