Potencjalny charakter przekładu

Aktualności | | |
books-1082942_960_720

Dzieło literackie z założenia jest jedyne i niepowtarzalne – ta wyjątkowość stanowi o jego wartości. Gdyby ktoś stworzył coś łudząco podobnego, szybko zostałby posądzony o plagiat. Przekład jest natomiast tworem działającym na zupełnie odwrotnych zasadach. To, że dana książka została już raz przetłumaczona na język obcy, nie oznacza, że nie można przełożyć jej po raz kolejny. Jest to coś całkowicie normalnego i powszechnie praktykowanego. Dlaczego?

Spójrzmy choćby na „Alicję w Krainie Czarów”, powieść dla dzieci brytyjskiego pisarza Lewisa Carrolla. Polski czytelnik ma do wyboru dziesięć różnych przekładów tej książki! Przeciętny czytelnik nie zajmuje się raczej czytaniem i porównywaniem poszczególnych tłumaczeń, wybiera tylko jedno. Zwykle to, które dostępne jest w księgarni. Kupując książkę albo wypożyczając ją w bibliotece nie zwraca on uwagi na to, kto ją przetłumaczył. Jeśli więc dany utwór zostanie przetłumaczone tylko raz, ale bardzo słabo, niedokładnie, przed kiepskiego tłumacza – całe rzesze czytelników będą skazane na poznanie go właśnie w tej mało wartościowej wersji. I będą oni myśleli, że tak samo słaby jest oryginał. Dzięki temu, że przekład funkcjonuje w serii i zawsze można dokonać go po raz kolejny i kolejny, mamy szansę na to, że inny tłumacz norweski, szwedzki czy niemiecki wykona swoją pracę lepiej i stworzy lepsze tłumaczenie na swój język ojczysty. Poza tym każdy tłumacz ma prawo do nieco odmiennej wizji. Nie chodzi tu oczywiście o znaczne ingerencje w tekst wyjściowy, np. istotne zmiany w treści, ale o inną wizję tłumaczenia imion, różne podejście do stylu itp. Zwłaszcza takie utwory, jak wspomnianą „Alicję…” można tłumaczyć na wiele różnych sposobów. I każdy z nich może być dobry, ciekawy, odkrywczy.

To, że jeden tłumacz zastosował już dane rozwiązana w swoim przekładzie, nie oznacza, że inny tłumacz nie może ich wykorzystać. To jest właśnie znacząca różnica między dziełem oryginalnym a tłumaczonym. Oczywiście ślepe naśladowanie stylu i pomysłów poprzedników jest zupełnie pozbawione sensu, ale prawda jest taka, że dokonany przekład wchodzi niejako do tłumaczeniowego „dobra wspólnego”. Niektórych dobrych rozwiązań po prostu nie warto zmieniać na siłę, tylko po to, by były „moje własne”, oryginalne.

Kolejny raz potwierdza się więc teza o tym, że przekład jest nieskończony. Każdy utwór można przetłumaczyć jeszcze raz – nawet, jeśli wcześniej dokonało tego już kilkunastu innych tłumaczy. A nuż ten kolejny okaże się najbardziej odkrywczy?